Witajcie Moje Skarbule!
Jak ja nie lubię porzucać blogowych stron. Mało tego, że nie piszę dla Was, to jeszcze nie myszkuję bo Waszych blogach i bardzo mi tęskno.
Ale mam dobre wieści, w ten weekend planuję spędzić czas m.in. pisząc, robiąc zdjęcia i mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej po części przełamać blogowe milczenie.
Jeśli śledzicie mojego Instagrama, na pewno zauważyliście, że zeszły weekend spędziłam w Niemczech z wizytą u Aliny z bloga Koffer in Berlin. Dziś chciałabym Wam o nim opowiedzieć.
W piątek rano ruszałam z moją dzielną pistacjową walizeczką na dworzec. Już sam fakt podróży pociągiem mnie cieszył, miałam spakowane zdrowe przysmaki, sok pomidorowy (który w końcu wypiłam w drodze powrotnej) i przede wszystkim Kindla. Nie ma nic lepszego w podróży niż czytnik ebooków, wierzcie mi. W drodze do celu skończyłam czytać "Informacjonistkę" i rozpoczęłam smakowitą lekturę "Lawendowego pokoju". Początkowo myślałam, że to kolejny romantyczny gniot z cyklu kulinarnych podróży. Nie obrażajcie się za te słowa, lubię czasem przeczytać książki tego typu. Ale "Lawendowy pokój" mimo iż pojawił się w nim motyw podróży, był inny i mnie zachwycił. Uwielbiam taki pełen delikatności, zmysłowy styl pisania. Powieść o miłości i o ... książkach. Każdy wielbiciel książek powinien ją przeczytać.
Tak, czytnik to skarb. Dzięki niemu cztery godziny podróży minęły bardzo miło i błyskawicznie. Na peronie we Frankfurcie stała Alinka. Nastąpiły uściski, piski, okrzyki radości, przytulasy. I ruszyłyśmy do domu Aliny, gdzie czekały na nas fantastyczne placki z serem i szpinakiem i smażący je Niemiec Aliny, którego w tym poście będę nazywać tajemniczym Ch.
Po jedzonku nastąpiła wymiana podarków. Dostałam obłędnie pachnące masło do ciała Alverde z limitowanej serii Vintage Rose, którego zapach Ch. bardzo trafnie określił jako jogurtową różę. Później napiłyśmy się herbaty, (Alina ma niesamowity zapas herbat). I ruszyłyśmy na spacer wzdłuż Odry. Bardzo spodobały mi się grające klocki :) To te kafelki, na poniższym zdjęciu po których skacze Alina. Ukoronowaniem spaceru były zakupy w DM. Ależ to była frajda.
Alina i Ch. przygotowali w czasie całego pobytu masę smakołyków. Niezapomniany okazał się wegański sernik jaglany.
Całą sobotę spędziłyśmy zwiedzając Berlin. Oczywiście jeden dzień okazał się niewystarczający żeby odwiedzić wszystkie godne uwagi miejsca. Po prostu będę musiała wrócić :) Najlepiej wiosną albo latem, żeby zobaczyć cieplejszą odsłonę tego miasta.
Alina chciała, żebym spróbowała mochi, ryżowych ciasteczek owiniętych liściem wiśni z nadzieniem z czerwonej fasoli. W tym celu udałyśmy się do jej ulubionego sushi baru, Ishin. Niestety ciasteczka się skończyły i musiałyśmy zadowolić się puddingiem z mango i zieloną herbatą. W międzyczasie spotkałyśmy Marilyn.
Nie obyło się bez zakupów. Spełniłam swoje małe marzenie i odwiedziłam sklep Lusha. W Berlinie mają kilka salonów Lusha, a my w Polsce żadnego, to niesprawiedliwe :( Zajrzałyśmy jeszcze do firmowego sklepu Rituals i na stoisko Jo Malone.
Nie mogłyśmy doczekać się obiadu. Alina zarezerwowała stolik w malutkiej, klimatycznej wietnamskiej restauracji Cat Tuong z kuchnią wegetariańską. Na początek zamówiłam pierożki z warzywami i tofu, a do tego herbata z ulubioną lukrecją. Nie poprzestałam na pierożkach i zjadłam jeszcze ryżowy makaron z warzywami i szaszłykami z tofu i kotletów sojowych owiniętych w liście betelu. Nie sądziłam, że kuchnia wegańska może być taka pyszna!! Mochi w ten weekend były nam jednak przeznaczone, co prawda nie owinięte w wiśniowy listek, ale za to z dodatkiem pysznego, miętowego musu.
Wieczory spędzaliśmy grając w gry planszowe. I spełniło się moje kolejne marzenie, zagrałam w karcianą grę RPG. Ch. okazał się fantastycznym mistrzem gry!
Był to bardzo piękny weekend i magiczny, bo spełniający marzenia :) Niezapomniany.
Już wkrótce zapraszam na posta z weekendowymi zakupami :D Będzie Jo Malone, Lush, DM i Rituals.
Spokojnego wieczoru
PS. Na blogu Aliny możecie już przeczytać jej relację z weekendu (klik).