Jak minął Wam listopad?
Dla mnie był to czas myślenia o tym, żeby się zmobilizować. Ale na razie ze słabym skutkiem. Czytałam swoje stare posty na blogu, np. o zdrowym wyzwaniu, domowym detoksie. I myślałam: "To naprawdę ja to pisałam, naprawdę miałam siłę, żeby robić to wszystko??"
Brakuje mi jakiegoś punktu zaczepienia, trampoliny która wybije mnie do odnowy. Ale pocieszam się, że nie pierwszy raz obserwuję u siebie podobny spadek energii. Taki cykl powtarza się niemalże rok w rok. Z doświadczenia wiem, że po Nowym Roku powinnam skumulować siły i rozpocząć fazę zmian.
A co chcę zmienić? Chcę wrócić do biegania, do ćwiczeń, zdrowego odżywiania, codziennego balsamowania ciała, regularnego robienia maseczek, czytania czterech książek w miesiącu, częstszego blogowania, malowania paznokci, picia rano ciepłej wody z sokiem z cytryny, szczotkowania ciała... Lista jest długa, a póki co mam wrażenie, że czas przecieka mi przez palce.
Z pozytywnych wydarzeń, przeprowadziłam remanent w kosmetykach i przede wszystkim w kolorówce. Zainspirował mnie do tego film Nissiax83 "Minimalizm kosmetyczny w praktyce - kolorówka" (klik). Przejrzałam swoje spore zasoby pod kątem tego, czego nie używam, część podarowałam mamie, a resztę zawiozę koleżankom. Trochę też powędrowało do kosza. Tyle wolnego miejsca, moja kosmetyczna szuflada nie widziała od dawna.
W makijażu również postawiłam na minimalizm, jedynie podkład, tusz, bronzer, a na ustach ulubiona pomadka listopada - jesienna Rouge Coco w kolorze nr 5 Mademoiselle. Jest to odcień wpadający w zależności od światła w róż albo brąz. Wyrazisty, ale naturalny. A sama pomadka jest kremowa, połyskliwa, ale bez drobinek, świetnie się nakłada, nie ląduje w załamaniach, nie podkreśla suchych skórek, a do tego wytrzymuje długo na ustach.
Z dwóch kremów pod oczy marki Kiehl's jakie stosowałam wymiennie na dzień i na noc (klik), tylko jeden trafił do ulubionych kosmetyków listopada. Ten na dzień mimo wyższej ceny (ok. 150 zł, wersja na noc 116 zł) nie zachwycił mnie i raczej do niego nie wrócę. Za to Midnight Recovery Eye wygrywa składem, zapachem i skutecznością. Zawierają drogocenne olejki i składniki roślinne; m.in. ekstrakt z myszopłocha
kolczatego i olejek lawendowy, któremu zawdzięcza swój przyjemny zapach. Krem nie zawiera parabenów i olejów mineralnych. Optymalnie nawilża, odżywia i pielęgnuje skórę pod oczami. Nie podrażnia.
Kolejny kosmetyk pachnący lawendą to intensywna odżywka do włosów marki John Masters Organics z lawendą, awokado i masłem shea. Mimo iż jest bardzo bogata w przeróżne ekstrakty i olejki roślinne, pozostaje bardzo lekka i nie obciąża włosów. Nadaje się nawet do codziennego stosowania.
Kolejny kosmetyk pachnący lawendą to intensywna odżywka do włosów marki John Masters Organics z lawendą, awokado i masłem shea. Mimo iż jest bardzo bogata w przeróżne ekstrakty i olejki roślinne, pozostaje bardzo lekka i nie obciąża włosów. Nadaje się nawet do codziennego stosowania.
Ostatni ulubieniec pochodzi z dość nietypowej serii marki Phenome, a mianowicie The very first moment, dedykowanej dla mamy i dziecka. Jest to chłodzący żel do stóp, który rewelacyjnie koi, odświeża i relaksuje zmęczone i opuchnięte stopy. Może nie jestem świeżo upieczoną mamą, ale żel sprawdza się rewelacyjnie. A do tego przyjemnie pachnie miętowymi cukierkami (wyciąg z mięty polnej!) i jak zawsze w przypadku Phenome, ma rewelacyjny skład. Jego jedyny mankament, troszkę lepi się po aplikacji i trzeba odczekać chwilę, do całkowitego wchłonięcia.
Wyjątkowo krótka lista ulubieńców. Mam nadzieje, że w grudniu będę mogła pokazać Wam dużo więcej ciekawych kosmetyków.
Buziaki
Wyjątkowo krótka lista ulubieńców. Mam nadzieje, że w grudniu będę mogła pokazać Wam dużo więcej ciekawych kosmetyków.
Buziaki