Witajcie Kochane,
Dziś dla Was kilka zdjęć z mojego urlopu.
Nie był to tydzień obfity w niezwykłe wydarzenia i odwiedzanie ciekawych miejsc. Byłam z wizytą u mojej siostry, która ma dwójkę małych dzieci, plus jeszcze moja Pola. Dlatego większość czasu spędzałyśmy "po domowemu". Już Wam pisałam, że moja siostra mieszka w Niemczech, ale na terenie amerykańskiej bazy wojskowej, dlatego czułam się tak, jakbym odwiedziła dwa kraje. Bo baza wojskowa, to taka mini Ameryka.
Tutaj zdjęcie z samolotu, Pola zadowolona, bo w obie strony zajęła
miejsce przy oknie. To był mój pierwszy lot i jedyne co mi się
spodobało, to moment startu. Później już nie czułam, że lecę. A całe to
zamieszanie przed wejściem na pokład, odprawy i inne cuda, przyprawiają
mnie o wysypkę.
Karolina przygotowała dla mnie kosmetyki do kąpieli, szampon z olejkiem z granatu Burt's Bees (wie że lubię tę markę) i naturalne żele pod prysznic Vitabath, wiśniowy i słodki jak lukier, Dreamy Pink Frosting (ten drugi to mój absolutny faworyt).
Prosiłam siostrę, żeby kupiła cukierki Candy Corn do jesiennego wyzwania (KLIK) i dostałam wielką pakę :)
Poniżej przepyszne pierniczki (w życiu nie jadłam lepszych) i moje ulubione śniadanko, strucle z lukrem i dżemem truskawkowym oraz kawa. Na urlop zabrałam ze sobą książkę "Lekcje madame chic" Jennifer Scott. Połknęłam całą w kilka godzin, częściowo mnie zainspirowała, ale z wieloma pomysłami autorki się nie zgadzam, np. żeby jeść zawsze przy stole, a nie podjadać popcornu czy lodów podczas oglądania filmów na domowej kanapie. Nie sądzę żeby pudełko lodów i komedia romantyczna mogły obniżyć jakość mojego życia.
I poniżej na przekór lekcjom madame Chic zdjęcia z takiego wieczoru przy filmie, popcornie i białym winie. A co!!
I jeszcze troszkę jedzeniowo, pączki z nadzieniem malinowym, które są zaprzeczeniem określenia "domowej roboty", ale smakowały genialnie. I kolejne nieziemskie pierniczki, tym razem z kruszonymi landrynkami.
Sam teren bazy to białe bloczki, drzewa, place zabaw i co bardzo mi się spodobało, wszędzie jest bardzo dużo stanowisk do grillowania.
Zauważyłam też dużo ozdób w związku ze zbliżającym się Halloween. Jedna rodzina zrobiła sobie nawet mini cmentarz pod balkonem :)
Na koniec kilka zdjęć z przyjęcia urodzinowego mojego chrześniaka Jonathana. Kończył dwa latka :) Motyw przyjęcia to ciuchcia z bajki "Thomas i przyjaciele".
Podobało mi się, że każde dziecko dostało torebeczkę z upominkami. Mam zamiar przenieść ten zwyczaj na przyjęcia urodzinowe mojej córki. Mamy tu jeszcze amerykańską klasykę, czyli makaron z serem.
Piękne muffinki to dzieło mojej siostry. Torty były dwa, ten powyżej autorstwa mojej mamy :)
I poniżej, kupny. Mnie bardziej przypadł do gustu maminy.
Najwięcej zjadłam marchewek z dipem na bazie śmietany, były przepyszne. W życiu nie zjadłam na raz tylu marchewek.
To byłoby na tyle! A już niedługo post z zakupami z wyjazdu!!
Życzę Wam cudownego dnia!
Kasia